Tagi

Witam Was po szybkim restarcie i krótkim kryzysie szyciowo-życiowo-blogowym;)

Po moich przemyśleniach i ostatnich wydarzeniach stwierdzam, że szycie zejdzie na dalszy plan. Oczywiście przestawać szyć nie zamierzam, ale myślę trochę przystopować. Właściwie jak  nazwa bloga wskazuje zakładam go po to, aby dzielić się z Wami moimi doświadczeniami z „emigracji”, a tutaj troszkę zapędziłam się z moimi „uszytkami”. Nie ukrywam,że po publikacji na szerszą skalę moich „uszyć” chciałam iść za ciosem i spróbować co z tego wszystkiego wyjdzie i dochodzę do wniosku, że w chwili obecnej nie ma sensu wyrywać włosów z głowy, wszystko przyjdzie z czasem;) Tak, więc będę szyć hobbistycznie i na zamówienie;) 

Tymczasem wracam na ziemię:) Wczoraj Zuzanka dostała z przedszkola list-zaproszenie dla nowych dzieci na spotkanie integracyjne:) To znak, że ponownie wielkimi krokami zbliża się ten okres, który „przewróci” nasze życie do góry nogami;) Może ktoś sobie pomyśli, że przesadzam, ale w naszym położeniu to dosłownie tak wygląda. W ubiegłym roku miałyśmy próbę z przedszkolem i wszystko zapowiadało się całkiem fajnie a skończyło na 3 tygodniowej walce…:( Później doszło do tego wiele innych czynników ;niekończąca się choroba Zuzi, aż do grudnia! Co tygodniowe wizyty u lekarza; w grudniu przeprowadzka do nowego domu.

Po tych wszystkich doświadczeniach mam sceptyczne nastawienie do przedszkola i wolałabym zostać matką polką” kurą domową”, aby uchronić dziecko. No, ale niestety nie na tym życie polega, aby cały czas chronić swoje dzieci:( Tym bardziej w dzisiejszych okrutnych czasach.. Im wcześniej dziecko wyjdzie z domu  i poczuje „rzeczywistego świata” będzie mu łatwiej w życiu… Ha, ale mam wytłumaczenie. A tak serio to ja sama chciałabym już w końcu wyjść z tego domu -do ludzi!- Nie dlatego,że mi źle i mi się nudzi, ale po to żeby nauczyć się w końcu języka… Tak, ktoś sobie teraz pomyśli, jak to możliwe siedzi 2 lata za granicą, a nie zna języka?! Tak właśnie jest  to możliwe i nie jestem tego jedynym przykładem…niestety…. 

Matki  z małymi dziećmi wyjeżdżające z Polski właśnie mają tego typu problemy. Nowa rzeczywistość okazuje się bardzo drastyczna. Przede wszystkim, przeważnie nie mają bliskich osób, które w razie potrzeby zajmą się dziećmi. A tych sytuacji” w razie potrzeby” jest naprawdę dużo…Jedną z nich jest właśnie nauka języka.. Ktoś powie ucz się sama w domu…Proszę samemu spróbować na ile to zda egzamin? Owszem nauka nauką, ale jeśli w domu i na co dzień rozmawia się tylko w ojczystym języku i nie ma się kontaktu z obcokrajowcami tzn tubylcami jest to prawie niemożliwe. Właściwie wszystko co się uczy, a się tego nie utrwala szybko wylatuje z głowy.

Zatem jaki jest sens siedzieć i wkuwać coś na pamięć? Z czasem człowiek traci całą motywację i chęć do nauki.. No to znowu ktoś powie wyjdź z domu! Proszę bardzo wychodzę z domu, i co teraz? Mam zaczepiać ludzi na ulicy?-ej pogadaj ze mną, bo muszę nauczyć się języka.. Idź do sklepu… idę, robię zakupy dochodzę do kasy, płacę, jedyne słowa,których używam-„proszę”, „dziękuję”, „miłego dnia”, „wzajemnie”, „cześć”. Dużo , co? A teraz idź na plac zabaw. Idę ciągnę dziecko przez 15 minut, żeby tam dojść, wchodzę i co widzę? Pusto! Idę o innej porze dnia, i co znowu widzę? Jest w końcu parę osób. I tutaj radość, w myślach, w końcu sobie z kimś porozmawiam..:) Przechodzę w koło placu, rozglądam się nasłuchuję i co słyszę? Turecki? he nie wiem, nie znam, ale na pewno to nie niemiecki. Hymm nasłuchuję dalej… Jest ktoś, mówi po niemiecku! To 2 rodziców z jednym dzieckiem, którzy nie opuszczają go na chwilę.. I tak za każdym razem przez ponad rok! No i teraz weź człowieku bądź mądry zadzwoń lub napisz do urzędu w jakiejś sprawie.. Nie da się, po prostu się nie da. 

Ktoś inny powie idź na kurs, proszę bardzo zapisuję się na kurs, dziecko wysyłam do przedszkola. Radość niemiłosierna, że w końcu się uda! Spotkanie na kursie fajne, można się w końcu odezwać, byle jak, ale gadać. No i co znowu? Dziecku nie jest po drodze z przedszkolem, osoby, która by się nim zajęła na 100% brak! Natomiast kursu z udziałem dzieci nie organizują w naszej okolicy, albo dowiaduję się o tym po czasie. Wracamy do punktu wyjścia…Koło się zamyka..

Przeprowadzam się do nowego otoczenia. Pierwsze wrażenie, sąsiedzi fajni, rozmowni, w końcu będę miała z kim porozmawiać:) Jednak rzeczywistość sprowadza na ziemię, każdy ma swoje prywatne życie i nikomu nie jest po drodze z dukającą po niemiecku sąsiadką…Zatem znowu wychodzę z dzieckiem pod rękę „na wiochę”, może znajdzie się ktoś chętny do rozmowy? Takowego brak. Nie poddaję się jadę do „wiochy” obok na plac zabaw.  Po raz pierwszy, oczywiście dzieci brak. Po raz drugi i kolejny, dzieci holenderskie, ich język dla mnie to już całkiem czarna magia…Pozostają sąsiedzi Polacy, którzy mają troszkę więcej czasu;)

hehe Koło wciąż zamknięte…Zatem już niedługo mam nadzieję, na „otwarcie” tego koła, miejmy nadzieję, że tym razem się uda:)

No a teraz taka mała rada dla tych, którzy chcą wyjechać za granicę i mają dzieci. Korzystajcie z tego co macie na miejscu, chociaż 2 razy w tygodniu intensywnego rozmawiania w obcym języku, to już jest naprawdę dużo. Realia są takie, jak już wyjedziesz i zostaniesz z dzieckiem sama w domu, mleko wylane, to g*no prawda, że języka nauczysz się na miejscu. Może i tak, ale ile z tym kombinacji i ile przy tym stracisz czasu;) Wiem po swoim doświadczeniu;)

łohoho, ale wyszedł elaborat;) Miłego czytania i myślenia:) Uciekam do moich przyziemnych obowiązków. Obiad ugotować czas…

Do następnego razu, żegnam Was:)

 

 

Reklamy